INFORMACJE OGÓLNE I TYTULY UTWORÓW

 
PERMANENT WAVES
   
   •   The Spirit of Radio 4:57
   •   Freewill 5:23
   •   Jacob's Ladder 7:28
   •   Entre Nous 4:37
   •   Different Strings 3:49
   •   Natural Science 9:16
          I. Tide Pools 2:21
          II. Hyperspace 2:47
          III. Permanent Waves 4:08

data wydania - 1 stycznia 1980
wydana przez - Mercury / Polygram
produkcja - Rush i Terry Brown
oryginalne teksty i polskie tłumaczenia
 



INFORMACJE SZCZEGÓLOWE NA TEMAT MUZYKÓW

Geddy Lee   gitara basowa, Oberheim polyphonic, OB-1, Mini Moog, syntezator pedałowy Taurus, śpiew
Alex Lifeson   gitary elektryczna i akustyczna 6- i 12-strunowe, syntezator pedałowy Taurus
Neil Peart   perkusja, tympani, timbales, dzwony orkiestrowe, dzwony rurowe, wind chimes, bell tree, trójkšt, crotales
muzyka   Geddy i Alex
słowa   Neil


INFORMACJE DODATKOWE O PŁYCIE


INSPIRACJE

   •  THE SPIRIT OF RADIO
Końcowa część utworu - w stylu reggae - to sparodiowany fragment utworu The Sound of Silence Simona i Garfunkela. Oryginalne słowa: And the sign said: 'The words of the prophets are written on the subway walls and tenement halls and whispered in the sounds of silence'.

   •  FREEWILL
Lotus land - kraina lotosu pojawia się w Odysei Homera. Mieszkańcy tej krainy jedli płatki kwiatu lotosu, dzięki czemu byli szczęśliwi, lecz bezrozumni. Potocznie zwrotem tym określa się miejsce lub stan wygody i niezakłóconego spokoju.

   •  JACOB'S LADDER
Tytuł opisuje zjawisko promieni słońca, przedostających się przez przerwy pomiędzy chmurami w kierunku ziemi w postaci widocznych smug. Nazwa nawiązuje do snu biblijnego patriarchy Jakuba (Genesis 28:12).

   •  ENTRE NOUS Tytuł utworu, oznaczający po francusku "między nami", pojawia się wielokrotnie w powieści The Fountainhead Ayn Rand.


GENEZA POWSTANIA

   •  PERSONAL WAVES

      HISTORIA POWSTAWANIA ALBUMU


Neil Peart



   Czwartego czerwca 1979 roku na festiwalu Pink Pop w Holandii, zbawiennego końca dobiegł pełen sukcesów "Tour of the Hemispheres". Po 8 miesiącach koncertów w Kanadzie, Stanach, Wielkiej Brytanii i Zachodniej Europie wydawać się chyba będzie oczywistym, że wszyscy byliśmy uradowani powrotem do domu na nasze pierwsze, od pięciu lat, wakacje! Zapomina się, jak cudowne i relaksujące może być lato, jeśli jest się narażonym na widok niemal ciągle zachmurzonego nieba, które to zjawisko jest czymś naturalnym dla terytorium, gdzie spędzaliśmy dwa ostatnie sezony letnie, czyli Południowej Walii. Podczas pierwszego z nich w ciągu trzech tygodni słońce świeciło zaledwie przez dwa dni! Mogliśmy pozbyć się naszej zielonej opalenizny!

   To był również nasz pierwszy raz, kiedy mieliśmy trochę wolnego przed przystąpieniem do nagrywania nowego albumu. Do tej pory nasz zwyczajowy harmonogram składał się z koncertów, koncertów i jeszcze raz koncertów, komponowania i przesłuchiwania nowego materiału i potem, czasami, kilku krótkich tygodni Domowej Terapii, podczas której próbowaliśmy ponownie zżyć się z rodziną przed kolejnym wyruszeniem w trasę. Zalety sytuacji, kiedy ma się komfort odpoczynku pomiędzy koncertami i przystąpieniem do pisania nowych piosenek są chyba jasne dla uważnego czytelnika i, rzecz jasna, doświadczyliśmy ich dobrodziejstw przy robieniu tego albumu, choć wcześniej wolność taka nigdy nie była dla nas ze względów ekonomicznych osiągalna (tak naprawdę to i tym razem nie). Ależ sobie dogodziliśmy!

   To był jeden z owych typowych, złotych dni połowy lipca, kiedy po sześciu relaksujących i przynoszących zadowolenie tygodniach podążaliśmy na północ do miasteczka położonego nieopodal Georgian Bay, gdzie zaczęliśmy komponować i robić próby z nowym materiałem. Miejsce nazywało się Lakewoods Farm i było rozległym i komfortowym domem, nieco zmodernizowanym, otoczonym setkami akrów pszenicznych pól, obok którego stała stodoła z wieloma interesującymi i gadatliwymi krowami. Jakieś ćwierć mili od tego domu znajdował się surowy domek, ulokowany nad malutkim jeziorem, który okazał się być doskonałym miejscem, w którym teksty wprost płynęły spod pióra.



   Dotarłem tam popołudniem i znalazłem Alexa zadowolonym przy pracy w kuchni, pichcącego jego ulubioną lasagnę (jako że jest on naszym ochoczym i znającym się na rzeczy kuchtą przy każdej, nadarzającej się okazji - nawet w autokarze przy kuchence mikrofalowej). Z piwnicy dobiegały próbne zawodzenia długo oczekiwanego interfejsu, urządzenia, które miało umożliwić Geddy'emu wyzwolenie wszystkich głosów w jego polifonicznym syntezatorze poprzez naciśnięcie jednego pedału jego Taurus Bass Pedals. Miało skutkować bogatą i łatwo osiągalną teksturą dodawaną do naszego brzmienia i zaiste, okazało się być bardzo użyteczne. Podobnie, jak gotowanie Alexa.

   A więc znaleźliśmy się tam, opaleni, zdrowi i wypoczęci, przepełnieni dosłownie nowymi pomysłami, a nasz sprzęt wypełniał całą piwnicę. Pierwszej nocy wykonaliśmy gigantyczny, instrumentalny jam, który nazwaliśmy "Uncle Tounouse". Nigdy nie stał się ten kawałek jakąś muzyczną całością, ale jego części posłużyły fragment po fragmencie jako zaczątki kilku innych utworów. Wkrótce znaleźliśmy dla siebie właściwy rozkład dnia, taki, który pasował nam i służył dobrze. Po obfitym śniadaniu przyrządzanym przez Alexa, zabierałem swoje rzeczy i udawałem się do domku, gdzie spędzałem popołudnie pisząc teksty, podczas gdy Alex i Geddy schodzili do piwnicy, by pracować nad warstwą muzyczną. W ciągu kilku pierwszych dni skomponowaliśmy "The Spitit of Radio", "Freewill" i "Jacob's Ladder", idee rodziły się gładko i bezboleśnie, aż wydawało się to zbyt łatwe! Jedynym gotowym tekstem, który przywiozłem ze sobą był "Entre Nous", także ani Alex ,ani Geddy nie mieli na początku więcej, aniżeli parę napoczętych pomysłów. Za tę odmienność "odpowiedzialne" były jasne i zrelaksowane umysły.

   Przez czas jakiś pracowałem nad napisaniem piosenki na bazie średniowiecznego eposu zatytułowanego "Sir Gawain and the Green Knight". Poemat ten został napisany w XIV wieku a ja próbowałem przekształcić go, zachowując oryginalną formę i styl. W końcu jednak okazało się to nie pasować do pozostałego materiału, nad którym pracowaliśmy i postanowiliśmy na razie odłożyć ten projekt (później trochę więcej na ten temat).

   Jedną z większych atrakcji w Lakewoods Farm był sterowany radiem samolot, własność Alexa, i seria jego spektakularnych zderzeń z drzewami, polami, krowami aż znalazł swój koniec w kombinowanym grzmotnięciu o komin i dach. Któregoś dnia strawiliśmy się we czwórkę jakieś cztery godziny przeczesując wysokie po pas trawy w poszukiwaniu samolotu, gdy wymknął się spod kontroli, Alex zaś godzinami ślęczał codziennie nad składaniem jego szczątków, używając do tego celu litrów kleju, pianki sprężystej, taśmy elastycznej, wykałaczek, kawałków tworzywa itp. Piekielnie zajmujące!

   Te dwa idylliczne tygodnie na wsi szybko jednak dobiegły końca i nadszedł czas, by zrobić następny krok, czyli nagrać dema. Przenieśliśmy się do małego studia w północnym Toronto, zwanego Sound Kitchen, gdzie mogliśmy nagrać piosenki w surowej wersji, by usłyszeć, jak one brzmią i czy w ogóle są dobre, czy niekoniecznie (Cały materiał z farmy robiony był przy pomocy przenośnego Slider JVC bez odtwarzacza kasetowego!). Zatem musieliśmy przygotować się na nadchodzącą serię terminów, które miały nas zmotywować do absolutnej precyzji, jeszcze zanim wejdziemy do samego studia. Czas spędziliśmy w nim cyzelując i próbując aranżacji, ponownie wspomagani i poprawiani dzięki przenikliwej spostrzegawczości i krytycznej ocenie wszechwiedzącego Broon'a, naszego ukochanego i niezmordowanego producenta. Kilka ostatnich dni poświęciliśmy także na tworzenie scenicznego wizerunku oraz szlifowaniu naszych starszych kompozycji. Tak to właśnie mijał nam czas.

   Podczas quasi trasy "Some of the Hemispheres", każdego dnia na próbie dźwięku byliśmy w stanie zagrać "The Spirit of Radio", Freewill" i "Jacob's Ladder" i pierwsze dwa z tych kawałków wprowadziliśmy do setlisty. I to, historycznie rzecz ujmując, było znów coś "po raz pierwszy" - po raz pierwszy jakaś część nowego materiału zagrana była na żywo przed ukazaniem się na albumie studyjnym. Ostatnią piosenką, która mogłaby się poszczycić tym przywilejem, była "Xanadu" (grana w okrojonej wersji podczas koncertów w Stanach i Anglii od kwietnia 1977 - JS), a wcześniej trzeba by się chyba cofnąć do czasów "Fly by Night", by znaleźć inny przykład tego fenomenu. Choć trasa ta trwała tylko trzy i pół tygodnia, zjeździliśmy większą część Stanów i dołożyliśmy po dwa koncerty w Kanadzie i Anglii, a gdy dobiegła końca, my i piosenki byliśmy gotowi na Główne Wydarzenie: Le Studio.



   Le Studio to cudowne miejsce w ustronnym miejscu doliny gór Laurentian, jakieś 60 mil na północ od Montrealu. Ulokowane jest na 250 akrach pagórkowatego i lesistego terenu nad prywatnym jeziorem. U jednego z jego brzegów stoi studio a nad drugim, około mili dalej, znajduje się dom gościnny z komfortowymi i luksusowo wyposażonymi pokojami. Do pracy chodziliśmy na pieszo, bądź dojeżdżaliśmy rowerami, łodziami wiosłowymi lub samochodem, gdy pogoda była kiepska, albo my zbyt leniwi. Przybyliśmy tam w pełni jesieni i pozostaliśmy przez okres prawdziwego babiego lata aż do odtrąbienia nadejścia zimy wraz z pierwszym śniegiem. Wszystko to w ciągu czterech tygodni naszej tam bytności! Wyposażenie samego studia jest tam w każdym calu doskonałe. Jedna ściana jest cała ze szkła, a widok przez nią na jezioro i góry jest kapitalny. To kontrastuje z większością innych tego typu miejsc, w których pracuje się będąc wyizolowanym, w nietkniętych zębem czasu, wysklepionych piwnicach, co samo w sobie nie jest oczywiście niczym złym. Tu jednak pracowaliśmy przy świetle dziennym i można było w momentach bezczynności obserwować zmieniającą się aurę, zamiast przyćmionych dymem papierosowym światełek wszystkich tych elektronicznych urządzeń. Nasz inżynier, Paul Northfield, szybko okazał się być pomocnym, kompetentnym i sympatycznym uczestnikiem projektu, jak zresztą wszyscy pozostali, wspaniali ludzie przy nim zatrudnieni. Nie sądzę, żebyśmy gdziekolwiek indziej byli tak dobrze traktowani. Miejsce w kuchni, które zwyczajowo okupował Alex, przejęte było przez świetnego Andre, który albo donosił nam do domu wyborne dania francuskiej kuchni, albo jedliśmy "na zewnątrz", czyli szliśmy do jego restauracji "La Barratte" do pobliskiego miasteczka. Wystarczy powiedzieć, że karmieni byliśmy równie dobrze!

   Należy wspomnieć o wkładzie, jaki wniesiony został przez Daisy, sukę rasy cocker spaniel, należącą do Mr. Broon'a. Przebywała z nami przez cały czas, a jej wysublimowany sposób snu i zabawy był inspiracją dla nas wszystkich!



   Zaczęliśmy naszą wielką harówkę od pracy nad brzmieniem poszczególnych instrumentów. Polega to na tym, że muzyk cierpliwie i dokładnie obrabia swój instrument, a inżynier w tym czasie eksperymentuje z różnymi mikrofonami, ich ustawieniem tudzież ze znanymi tylko sobie gałkami, potencjometrami, echami, equalizerami itp, dopieszczając brzmienie do ideału i/lub bawiąc się kopiowaniem oryginału. Gdy ideał zostaje osiągnięty, nasza trójka zaczyna grać razem, zaczynając próby zwykle od piosenki, która ma otwierać album, przy czym większość naszych wysiłków wkładamy w brzmienie, by właściwie współgrało z poszczególnymi kawałkami.

   Ku naszej satysfakcji, drugiego dnia doszliśmy do ładu z tymi złożonymi sprawami i zaczęła się praca z "podstawową ścieżką", "bazową ścieżką", "rytmiczną ścieżką", jak zwał, tak zwał. Wygląda to tak, że gramy w trójkę dany utwór w zwykły sposób, przy czym pomijane są wokale, wstawki na gitarach, syntezatorach czy perkusji. Robi się tak dla uzyskania lepszej separacji i większej kontroli nad balansem i jakością brzmienia, a to jest możliwe, gdy fragmenty solowe i wszystkie te ozdobniki nagrywane są oddzielnie, kiedy już uzyska się dobrą ścieżkę rytmiczną. Następnie gramy tę piosenkę tyle razy, aż osiągniemy ideał, zarówno pod względem wykonawczym, jak i ogólnego "feelingu", który zostanie zarejestrowany na taśmie-matce. W tym miejscu dowiedliśmy, że przygotowaliśmy się odpowiednio, bowiem bazowe ścieżki do "The Spirit of Radio", "Freewill" i "Jacob's Ladder" nagrane zostały w niesamowicie krótkim czasie. Podobnie rzecz się miała z poprzednio nie próbowanym "Different Strings", który zachowaliśmy do pracy w studio, jako kawałek bardziej skomplikowany.

   Wciąż jednak pozostawało wolne miejsce, bowiem odrzucając "Gawaina" nie zastąpiliśmy go niczym innym. Więc...w tym momencie drogi nasze się rozdzieliły - Alex, Geddy, Terry i Paul zaczęli pracować nad nakładkami, podczas gdy ja miałem pozostać uwięziony w swoim pokoju, dopóki nie będę w stanie powrócić triumfalnie dzierżąc stworzony w pocie czoła efekt mojego spontanicznego geniuszu!! - obawiałem się, że to czysta fantazja. Czy może miałem tytuł? Och, nie. Czy miałem jakieś konkretne pomysły? Cóż, nie. Czy miałem w ogóle jakieś pomysły? Cóż, być może, ale niekoniecznie. Więc przez dwa dni gapiłem się sfrustrowany, z rosnącym niepokojem w pustą kartkę papieru. Bez wątpienia, praca pod presją może przynieść w rezultacie wiele satysfakcji, jak odkrywaliśmy to już nie raz podczas pracy w studio. To tak, jakby kreatywny umysł wrzucał najwyższy bieg, pozwalając na krótkotrwały i wyczerpujący, lecz produktywny poryw w procesie tworzenia. Trzeciego dnia mojego odosobnienia zjawisko to pojawiło się wreszcie i coś nowego zaczęło nabierać kształtów. Był to efekt całej masy niepowiązanych ze sobą doświadczeń, przeczytanych książek, obrazów, myśli, uczuć, obserwacji i potwierdzonych teorii, które przybrały formę czegoś w rodzaju "Nauk Przyrodniczych" - "Natural Science". W każdym razie było to coś, co mi się podobało, co podobało się pozostałym, więc zaczęliśmy kolejną burzę mózgów, by napisać do bestii muzykę.



   W tym punkcie naszej historii czas na wizytę gości w osobach Fina Costello, naszego błyskotliwego i zawsze gotowego do pracy fotografa, oraz naszego równie szalonego dyrektora artystycznego, Hugh Syme'a. To miał być pierwszy raz, kiedy mieliśmy być fotografowani przy pracy w studio, ale od tak dawna już utrzymywaliśmy przyjacielskie relacje z tymi dwoma postaciami, że byliśmy ze swojej strony nieco skrępowani. Po prostu nie przerywaliśmy swojej pracy, a Fin wchodził starając się uchwycić chwile, które zobaczycie na okładce albumu. Było tam oczywiście wiele wariactw, jak chociażby wtedy, gdy Hugh dyrygował zespołem w szalonej i niekończącej się wersji "Ruff i Reddy", (!), ale jakoś znaleźliśmy czas, by spożytkować jego pianistyczny artyzm w "Different Strings", który zaiste brzmi nieźle, nieprawdaż? (Bardzo proszę, Hugh).

   Tu zrobię dygresję na temat okładki, nad którą prace toczyły się w tle już od paru tygodni. Album wciąż nie miał właściwego tytułu, choć my byliśmy gotowi do nagrywania i za każdym razem, gdy występowaliśmy z jakimś pomysłem okazywało się, że został on już gdzieś wykorzystany. Nawet wtedy, gdy koncept został już uzgodniony, wyciekł natychmiast na zewnątrz, ale wtedy było już za późno, bo okładka już powstawała a my wiedzieliśmy, że będzie to oryginalna rzecz, o ile nie jedyna w swoim rodzaju. Hugh jest głównodowodzącym, jeśli chodzi o tworzenie okładki, ale my także przyczyniliśmy się do jej ogólnego projektu graficznego, opracowaliśmy napisy, wybraliśmy zdjęcia, dokonaliśmy korekty i dostarczyliśmy teksty i sprzeczaliśmy się o pozostałe rzeczy, których chcieliśmy, a których nie chciała wytwórnia. Zawsze w tego typu sytuacjach potrafią zdarzyć się w ostatniej chwili nieoczekiwane kryzysy, jak ten z Chicago Daily Tribune, które to wydawnictwo po trzydziestu latach od wpadki z nagłówkiem "Dewey defeats Truman" (gazeta ta w roku 1948 przedwcześnie ogłosiła Thomasa Dewey'a zwycięzcą wyborów prezydenckich, które faktycznie wygrał Harry Truman - JS) jest wciąż tym faktem tak zakłopotane, że odmówili nam prawa do wykorzystania go na okładce! Takie rzeczy pojawiają się, żeby nas wypróbować!

   Wróćmy do Le Studio, gdzie "Natural Science" stała się piosenką, wykutą z fragmentów "Gawaina", kilku instrumentalnych pomysłów powstałych wcześniej i wciąż niewykorzystanych i elementów zupełnie nowych. Zeszło nam nad tym trochę czasu, który zyskaliśmy wcześniej, bowiem zmuszeni zostaliśmy do ciężkiej pracy nad wykończaniem i próbami nad czymś nowym i złożonym, aż czymś nowym i skomplikowanym się stało. Minęła połowa naszego tutaj pobytu a my byliśmy gotowi do wejścia w "Tryb Nakładek".

   Muszę teraz napomknąć o wspaniałej grze, jaką jest siatkówka. W czasie popołudniowych posiłków i nocami po sesjach nagraniowych, wielką przyjemnością dla nas było intensywne współzawodnictwo na boisku. Jedną z kilku gier toczonych podczas ulewnego deszczu była ta z członkami zespołu Max Webster i ich personelem, inne odbywały się pomimo błotnych kąpieli czy oślepiającego śniegu. W jedną ze szczególnie ciepłych nocy graliśmy aż do szóstej nad ranem! Studyjna videokamera także okazała być źródłem interesującej zabawy - pewnego pamiętnego wieczoru nagraliśmy "The Jack Secret Show", półgodzinny talk show z udziałem Jacka (chodzi o Tony'ego Geraniosa, aka Jack Secret, naonczas technicznego od gitar, później zajmował się głównie klawiszami - JS), Punjabi (Liam Birt, techniczny od prawej części sceny - JS) oraz wielu innych sławnych i interesujących gości.



   Ale żarty na bok, trwała orka, czyli przedzieranie się przez warstwy nakładek. Razem z Alexem klepaliśmy wiosłami po wodzie jeziora, żeby uzyskać efekt "przypływów i odpływów", wokale i gitary nagrane były nad jeziorem, żeby wykorzystać jego naturalne echo, kotły również nagrywano na zewnątrz, wzmacniacze gitarowe ustawiano w najróżniejszych miejscach budynku, aby spożytkować tak wiele różnych brzmień, jak to tylko możliwe. Parada gitar, syntezatorów, wokali, perkusji i eksperymentów trwała, a dni zlewały się w jedno. Ale...do końca dobrnęliśmy przed terminem! Pod koniec mieliśmy zaoszczędzone jakieś cztery dni, podczas których mogliśmy zrobić parę surowych miksów, które wzięliśmy do domu, by posłuchać je zanim jeszcze rozpoczną się miksy finalne. I znów powiedzieć muszę, że taka rzecz zdarzyła się nam po raz pierwszy. W przeszłości zawsze zmuszeni byliśmy zaczynać miksowanie zaraz następnego dnia po zakończeniu nagrań nie mając szansy oderwać się na chwilę od tego, by wrócić do pracy z wypoczętymi i obiektywnymi uszami.

   Tydzień później w czwórkę polecieliśmy do Anglii, na nasz dwutygodniowy pobyt w studio Trident zagubionym pośród wąskich uliczek i głośnego, nocnego życia dzielnicy Soho. To miał być ostatni etap w historii powstawania albumu - miksy. Myślę, że dla wielu ludzi nie jest zbyt jasnym, co się pod tym hasłem kryje, więc spróbuję to wyjaśnić. Album jest do tego momentu właściwie kompletny, przynajmniej w sensie jego zawartości, ale jest jeszcze mnóstwo drobnych modyfikacji, czy poprawek, poszczególne brzmienia mogą być delikatnie inaczej uformowane, balanse zmienione, do niektórych brzmień mogą być dodane echa i/lub inne efekty, aby uczynić je ciekawszymi, bądź je podkreślić, wreszcie ogólne brzmienie jest adaptowane do odmiennych warunków odsłuchowych, czy innej aparatury.

   Tu znów Alex przeprowadził się do kuchni - bowiem Trident jest tak dobrze wyposażony, że posiada jedną - racząc nas ponownie świetnymi posiłkami.

   To był też ten czas, w którym Mr. Broon naprawdę zasłużył na uznanie. Zajął się inżynierką a konsola stała się w jego rękach instrumentem, gdy razem ze swoim zdolnym asystentem dyrygowali orkiestrą na potencjometry i przełączniki. Bogowie raz jeszcze działali na naszą korzyść, pozwalając nam pracować zgodnie z harmonogramem i nasze dwa tygodnie w Trident minęły szybko i przyjemnie. Wkrótce nadejdzie czas na najbardziej satysfakcjonującą i radosną ceremonię - Przesłuchanie Finalnego Produktu. To dla nas zwieńczenie całego projektu, czas, kiedy kończymy pracować nad albumem i zaczynamy go słuchać. Zapraszamy kilku przyjaciół, wypijamy znaczne ilości szampana i cieszymy się relaksującą i zabawową chwilą.

   To czas, kiedy wszystko znika, zanim ponownie nabierze dużego znaczenia; wszystko jest tego warte. Czas, kiedy wyluzowany myślisz sobie: "To jest dobre".

   Myślę, że zgodzicie się ze mną.





SPRZĘT

   •  NEIL PEART

   Od niedawna jestem dumnym posiadaczem nowego zestawu Tama, z wewnętrznymi, drewnianymi skorupami wykończonymi w stylu Vibra-Fibing. Wraz z dodatkami zrobionymi na życzenie i brązowanymi częściami metalowymi, całość wykonano w Percussion w Fort Wayne, Indiana. Wymiary bębnów pozostały niezmienione i są to dwie 24" centralki, koncertowe tom-tomy 6", 8", 10" i 12", zamknięte tom-tomy 12", 13", 15" i 18" oraz drewniany werbel 5 ?" x 14". Prawdopodobnie włączę ją zarówno na trasie, jak i na najnowszym albumie, jestem bardzo zadowolony z połączenia cienkich, drewnianych skorup i niezawodnego, nowoczesnego osprzętu.

   Wszystkie moje talerze to Avedis Zildjian, za wyjątkiem 18" talerza chińskiego. Są to 6" i 8" typu splash, dwa 16", jeden 18" i jeden 20" typu crash, 22" ride, para 13" hi-hatów, 18" pang i 20" chiński.

   Przekopując karton z zabawkami znajdujemy zwykły zestaw efektów - timbalesy, "krowie dzwonki", dzwonki orkiestrowe, dzwony rurowe, dzwonki wietrzne, bell tree, kotły, temple block, trójkąty, gongi i crotales.

   Do werbla i centralki używam naciągu Remo z czarnym kołem pośrodku, Ludwiga ze srebrnym kołem na koncertowych tom-tomach oraz Evans Looking Glass (na górę) i Blue Hydraulic (na dół) w pozostałych tom-tomach. Pedały Ludwig Speed King i osprzęt Tama uzupełniają zestaw. Moje pałki to wciąż Pro-Mark 747 z usuniętym lakierowaniem w strefie uchwytu.



   •  GEDDY LEE

   Moje gitary to: dwa basy Rickenbacker 4001, jeden Rickenbacker 4002, jeden indywidualnie modyfikowany Fender Precision, jeden Fender Jazz Bass i jeden robiony na zamówienie, dwugryfowy Rickenbacker, będący kombinacją Rickenbackera 4001 z gitarą dwunastostrunową. Wszystkie basy wyposażone są w mostki Badass'a i struny Roto-Sound, a gitara w chorus Rolanda.

   Moje wzmacniacze to dwa BGW 750-B współpracujące z dwoma przedwzmacniaczami Ashley w dwóch obudowach Thiele 2x15 i dwóch obudowach Ampeg V4B 2x15. Wszystkie obudowy wyposażone są w głośniki JBL K140. Używam też gitarowego wzmacniacza Fender Twin Reverbe.

   Na zestaw syntezatorów składają się: Mini-Moog, wielogłosowy Oberheim OB-1, cyfrowy sekwencer Oberheima, Roland Space Echo i Moog Taurus Pedals, które są sprzęgnięte także z wielogłosowym Oberheimem.



   •  ALEX LIFESON

   Moje gitary to: Gibson ES335, Gibson ES355, Gibson Les Paul Standard, Gibson Custom Double Neck, robiony pod zamówienie Pyramid, Fender Stratocaster, Roland Guitar Synthesizer, Gibson Dove, Gibson J-55, Gibson B-45-12, klasyczny Gibson C-60 i Ramirez Classical. Używam również zestawu Moog Taurus Pedals.

   Do tego wzmacniacze: trzy Hiwatt 100 rozłożone na 4 obudowy 4x12 i jedna obudowa Leslie z zapasowym wzmacniaczem i dwie zapasowe obudowy. Stosuję również Fender Twin Reverb z głośnikami JBL.

   Efekty: trzy Roland 301 Space Echo, jeden Roland Chorus, Electric Mistress, pedał volume Morley'a, wahwah Cry Baby, filtr parametryczny Maestro, przedwzmacniacze Ashley i equalizery parametryczne do gitar akustycznych oraz robiona pod zamówienie płyta ze sterowaniem do efektów zaprojektowana przez L.B. i skonstruowana przez Steele Power Supply.





ZRZUTY ( SKANY ) Z PŁYT CD

   •   okładka płyty - strona przednia ( front ) - rozdzielczość 600 x 600 px
   •   okładka płyty - strona tylna ( książeczka ) - rozdzielczość 600 x 600 px
   •   okładka płyty - strona tylna ( pudełko ) - rozdzielczość 650 x 500 px
   •   fotografie grupy - książeczka - strona 1 - rozdzielczość 600 x 600 px



OPINIE FANÓW, ARTYKUŁY I RECENZJE

Nie ma żadnej opinii ani recenzji na temat tej płyty ...

 
 
 
 
GRAFIKA I PROJEKT STRONY : KARBULOT - PHP I BAZY DANYCH : MIENTUS
PROWADZENIE STRONY : XANADU, BIOMECHANOID
STRONA JEST HOSTOWANA PRZEZ SERWIS ZENBOX.PL
(C) 1968-2014 - ALL RIGHTS RESERVED

THIS SITE IS FOR PROMOTIONAL AND PRIVATE USE ONLY